Blue Flower

No i okazało się, że trzeba wrócić, do cegiełek, niecegiełek, cegieł - a nawet darowizn za te cegiełki, a to za sprawą dialogu samorządowo-urzędowego.

     Ileż to mieszkańcy gminy interesujący się lokalną polityką muszą się nagłowić, o co w niej chodzi, w szczególności zaś, ile jest prawdy w tym,  co tam prawią wójt, na przemian ze sekretarzem. Bo połapać się w tym wszystkim jest niepodobna, zwłaszcza wtedy, gdy co innego widzimy, a co innego słyszymy lub też czytamy. Pan wójt wyraźnie zaprzeczył, że kiedykolwiek były sprzedawane osławione już cegiełki. Nie, to znaczy były, ale nie takie, jakie sprzedawano, tylko inne w rozumieniu przepisów o sprzedaży cegiełek. No i bądź tu mądry człowieku. Ale przecież takiemu dictum pana wójta zaprzeczać nie wypada, choćby   nawet nie zgadzało się to z oficjalną linią gminy, to znaczy oświadczeniem pana sekretarza. Roma locuta, causa finta. No, ale że swój szyderczy nos musiałem wetknąć nie tam, gdzie nakazuje urzędowy obyczaj, to wyszła mi prawda, o której należy wspomnieć.  

     Oto patrzę i widzę wyraźnie cegiełkę, a do tego czytam mądre słowa samego sekretarza: W tym roku, co podkreślam po raz kolejny, nie pobieraliśmy odpłatności za przejazd kolejką, tylko zdecydowaliśmy się na możliwość zakupienia cegiełki. Nie żeby tam zaraz było wiadomo, ile ich poszło, bowiem, jak to wyjątkowo zgrabnie w sposób buchalteryjny ujął pan Stasiak, nic nie wie, ile sprzedano „cegiełek”, że „wartość jest istotna”.    

     I słusznie, co tam, najważniejsze  jest wielkie otwarcie - huczne, z grajkami, z muzyką – z przytupem ! A że władze nic nie wiedzą o ilości jakichś tam cegiełek? Kto by tam zwracał uwagę na tę niepotrzebną buchalterię, w której sposobie prowadzenia niemalże wyciąga się pieniądze z kieszeni i mówi: „O widzicie radni, ile zarobiliśmy szmalu na kolejce”! Potwierdza to z całą mocą urzędową pan wójt, który na pytania:
- Ile takich „cegiełek” rozprowadzono i za jaką sumę łącznie?
- Gdzie zostały te pieniądze ujęte (zaksięgowane) i na co je przeznaczono? – z całą właściwą mu szczerością i znawstwem problemu, odpowiada, że tutejszy organ nie dysponuje żądanymi we wniosku informacjami i dokumentami.

     No i jak tu nie być „w wielkim bólu i rozterce”, kiedy wiadomo, że cegiełki sprzedawano, a nawet nie sprzedawano. Ale z kolei myliłby się ten, który uwierzyłby w trwałość sekretarzowych stwierdzeń, bo przecież jako człowiek wcale nie zatwardziałego serca, zdanie zmienił i ogłosił, że to jednak nie żadne cegiełki, a darowizna na rzecz gminy.

     Proszę jednak nie myśleć, że na tym kończy się ta cała handlowa hucpa  w manipulacji argumentacyjno - kupieckiej. Bo oto błogi spokój sekretarza zakłóciła wścibska pani radna Maria Skibińska i pokazała czarno na białym, że pasażerowie kolejki kupowali jednak cegiełki, żadnej przy tym darowizny na rzecz gminy nie składając. No, ale przecież istniała w partii siła, co kres tej orgii położyła. To znaczy może nie całkiem w partii, ale w urzędzie, jak zwykle w osobie czujnego pana Stasiaka, który publicznie, na sesji rady gminy wykrył i zdemaskował knowania pani Marii stwierdzeniem, że pani radna pomyliła cegiełkę z cegłą i na dodatek się przy tym upierała. Już był w ogródku, już witał się z gąską, aż tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na wszystkich wiadomość o nielegalności całego interesu związanego ze sprzedażą jednak cegiełek. Oto pani Maria rzuca na stół dokument stosownego ministerstwa, potwierdzający nielegalność urzędowego geszeftu. No, ale z kolei w dobrej wierze możemy przyjąć prawdomówność Stasiakowych słów mówiących o cegle a nie o cegiełce, bo przecież nie wypada nam nie dawać wiary w logiczny wywód pana sekretarza i z tą wiarą przyjmujemy, że na terenie ciuchci mogły być sprzedawane cegły, a nie cegiełki. A więc w zamian za kupno cegły (zgodnie z logiką słów pana Stasiaka) można się było przejechać kolejką! No tak, ale przecież taka działalność handlowa jest równie nielegalna jak sprzedaż cegiełek. No bo jakże gmina może prowadzić działalność gospodarczą pod postacią handlu materiałem budowlanym? Ale przecież i z tego może być jakieś wyjście, wszak jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści.

     Kiedyś w Warszawie sprzedawano np. tak:
- Panie, kup pan cegłę od pasera, bo cię paser sponiewiera.

     Ale, czyż tak mogły być oferowane w sprzedaży cegły, o których mówił ważny urzędnik na sesji rady gminy? Nie może to być, aby odbywało się to akurat metodą warszawskich cwaniaczków. No to jak, skoro legalnie  nie można? Przypomnieć należy, że idziemy tokiem rozumowania pana sekretarza, jasno i wyraźnie stwierdzającego, że pani Skibińska pomyliła cegiełkę z cegłą. Czyli, że nie możemy mieć żadnej wątpliwości co do tego, jaki towar był wystawiony na sprzedaż. Na pewno cegły nie sprzedawali pracownicy kolejki, bo im zlecono jednak pod służbowym przymusem handel cegiełkami. No, ma się rozumieć, że nie chodzi tylko tu o wymiary, które z taką zręcznością były podawane na sesji, a o rodzaj wciskanego ludziom towaru.

     I tu dochodzimy do sedna sprawy, inaczej mówiąc do sposobu prowadzenia interesu handlowego. Tylko pytanie, czyj to był interes ? To, że gminny nie mógł być, to już wiemy, z racji braku możliwości prawnej. Zatem czyj – nie wiemy. Można by jeszcze raz zapytać, ale jak podejrzewamy, wyjaśniono by , że sprzedaż cegieł odbywała się w formie transakcji polegającej na odpłatności darowizną na rzecz gminy, co byłoby ewenementem handlowym w skali światowej, a nie tylko gminnej.

     Ech, warszawscy „handlarze” ze Szmulek to sobie przynajmniej radzili! I patrzcie Państwo, ile kłopotów biurokratycznych mogli uniknąć. Ani nie musieli nadawać numerów takim cegłom, ani nie musieli ewidencjonować ilości ich sprzedaży, nie mówiąc już o konieczności rozliczenia się z kimkolwiek, bowiem ważny był zysk i na co komu była jakaś tam zaksięgowana ilość. Wyskakiwali tacy znienacka zza rogu i tyleż zaskoczonemu, co przestraszonemu delikwentowi, to znaczy, ma się rozumieć klientowi, składali uprzejmą ofertę:

– Panie szanowny, kup pan te cegłe! Odpalasz pan stówe – ocalasz pan głowe! Dawaj pan stówe i spływaj w podskokach, bo tak ryło przenicujemy, że bedziesz pan nosem gwizdał! To wszystko na ten temat.

     I tylko niepoprawny szyderca dalej łamie sobie głowę nad tym, co też mogła symbolizować inscenizacja napadu na pasażerów kolejki? Bo jak pamiętamy ze znakomitych westernów, w takim napadzie chodziło przecież o ograbienie nieszczęsnych podróżnych, czego w żaden sposób nie można przenieść na grunt… Ach, dajmy spokój.

Szyderca

стульчик для кормления