Blue Flower

Czytam na gazecie, że gmina będzie rozdawać pieniądze. No, gmina to może za dużo powiedziane, ale na pewno wójt naszej gminy. Nie myślcie Państwo, że może swoim groszem sypnie - co to, to nie, ale że sypnie groszem podatników, to już wiemy na pewno. Tylko, że Ci podatnicy już patrzą na to nieufnie, żeby nie powiedzieć – podejrzliwie. Nie, żeby tam zaraz pan wójt stanął na paradnych schodach przed pałacem i stamtąd dzielił, komu trzeba, jak te panisko – to być nie może . Uczyni to zupełnie inaczej, i to w podskokach, na kiwnięcie palcem pana sekretarza, który to właśnie umyślił sobie, że władza, która chce się utrzymać – musi dawać, i to bardzo hojnie.

 

     I kto by się spodziewał, że sytuację, jaka zdarzyła się, a nawet uporczywie trwa w naszej gminie na odcinku cuchnących inwestycji, już dawno przewidział bard piosenki zaangażowanej. No bo czytajcie Państwo – czy to nie są prorocze słowa?

„Uradziła gminna rada wodociągi pozakładać.
Zaraz mowa je o wkładach - chcom z człowieka zrobić dziada!
Myśleć, wiecie, trza na opak! Dren mo iść bez mój ogródek!
Nie postanie obco stopa na tym, com se zdobył z trudem!”

     Wypisz, wymaluj, to samo, co u nas. Z tym, że u nas nawet więcej, bowiem w piosence nie ma żadnej wzmianki ani o wójcie, ani o przewodniczącym Januszu Dziekanie, ani nawet o sekretarzu, chociaż to się rozumie samo przez się. Nikt tam (w tej piosence) nikogo  nie nazywa warchołem, lub też – uchowaj Boże – nie straszy sądami i w ogóle jest bardzo politycznie, to znaczy artystycznie.

     W każdym razie, tak o inwestycjach gminnych śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak, a dopiero teraz okazuje się, że to wszystko, co tu biorę na swój szyderczy język, ma swoje źródło w wyśpiewanej przez tegoż barda sytuacji, związanej co prawda nie z wodociągami, a z kanalizacją. To, jak wiemy, też rura, która w zasadzie nie powinna „iść bez mój ogródek”, czemu stanowczo zaprzeczał pan Stasiak, mówiąc, że powinna, bo przeprojektować nie wolno. Tę deklarację przyjmowaliśmy ze zrozumieniem, wszak pan sekretarz nigdy, ale to przenigdy „nie skłamałby w przestrzeni publicznej”, chociaż jakże trudno nam się zorientować, jaki mianowicie obszar miał na myśli i w jakiej przestrzeni pozwala sobie na kłamstwo.

     Jednak dla mieszkańców równie ważne okazały się te „wkłady”, o których „zaraz mowa jest”, a o które tak bezskutecznie walczył pan wójt wespół ze sekretarzem, a nawet przy pomocy  miejscowego radnego. A jakby tego było mało, to patrząc na poczynania pana wójta, widzę już wyraźnie, że mój felieton o czasie, który wszystko zmienia, nigdy nie będzie miał końca. No, może nie tak nigdy, ale możliwe, że moje szydercze utyskiwanie skończy się wraz z końcem tej kadencji. Ale nie o to tu chodzi, lecz o bardzo modne ostatnio w kręgach naszej gminnej władzy odwracanie kota ogonem. Czegoż to ona nie zrobi, aby tylko wygrać przyszłe wybory!? Już tam na kijach wędzi się sporo smakowitej „kiełbasy”, a wszystko po to, aby móc nią „przysporzyć” sobie tyle głosów, żeby akurat starczyło. To znaczy żadne tam „przysparzanie” ani jakaś tam „kiełbasa”, tylko ma się rozumieć, dotowanie przyłączy kanalizacyjnych, co przecież brzmi całkiem przyzwoicie, chociaż mniej smakowicie.

     No bo patrzcie Państwo! Jeszcze niedawno pan Drobina w majestacie unijnych przepisów usiłował nałożyć na mieszkańców Łaz bodajże około 7 tysięcy złotych daniny, niby że to miałoby stanowić koszt jednego przyłącza kanalizacji. Nie, źle mówię – koszt miał być ok. 11 tysięcy, a właściciele posesji mieli tylko w drodze wyjątkowej łaski pana wójta rzucić na urzędową tacę po te 7 tysięcy. No, ale na szczęście, łazowianie aż tacy hojni nie byli, to znaczy w ogóle nie chcieli być hojni dla pana wójta, i postanowili sami sobie zainstalować – i wcale nie jakieś tam przyłącze – a przydomowe oczyszczalnie ścieków. Właściciele posesji się wyraźnie postawili, a nie krzyknęli, jak ten kupiec do zbójców: „Ach bierzcie wozy, bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas zdrowo!”.

     Szanowni mieszkańcy Łaz i całej gminy Krośnice – koszt takiego przyłącza to powiedzmy od 400 do 600 złotych, i tylko wyjątkowo, przy większej odległości może dochodzić co najwyżej do 800 złotych, jeśli to wszystko robimy bez łaski pana wójta, we własnym zakresie. A pan wójt, jak wiemy, chce dać połowę, ale nie więcej niż 1500 zł. To co, ceny aż tak drastycznie spadły, czy tamta kalkulacja dotycząca Łaz była wzięta … No właśnie, skąd? Oj, brzydko to wszystko pachnie, ale nie ma się co dziwić, wszak rozumiemy, że wynika to z rodzaju inwestycji, a nie – broń Boże – z jakichś pokrętnych wyliczeń.

     I tylko zachłanny szyderca aż ręce zacierał i kalkulował, ileż to w niecny sposób zarobi na wójtowej dotacji, jeśli przyłącze doprowadzi sobie do chałupy we własnym zakresie, a dotację otrzyma według kalkulacji kosztów takich, jak to było w Łazach, z zapewnieniem przecież wtedy, że są jak najbardziej urealnione. A tu masz ci, rzucono mu (szydercy) przed oczy uchwałę rady gminy z wyliczeniem, okazuje się, że tym razem całkiem bliskim rzeczywistym kosztom. No proszę, jak to na władzę działa rok wyborczy! Od razu staje się taka dokładna – i co ważne – przestaje się mylić w wyliczeniach kosztów inwestycji.

     Ma się rozumieć, że radni nie chcą z nikogo „robić dziada” - co to, to nie. Chociaż niektórzy mówią, że to i tak robienie dziada z człowieka, bo na te kilkaset złotych każdego stać i nie potrzebuje łaski pana wójta, jako że taka łaska, jak wiadomo, na pstrym koniu jeździ. Radzimy jednak wziąć tę dotację, ale, broń Boże, nie jako podjęte zobowiązanie do późniejszego „spłacenia”. Jak dają - to brać, tylko pamiętajmy, że jeśli jakakolwiek władza jest na tyle silna, żeby dawać, to ma również na tyle siły, żeby złupić swoich obywateli.

     I w tym miejscu warto wrócić do pytania, skąd te wspomniane wcześniej kilkanaście tysięcy? No tak, to dla mieszkańców Łaz. W takim razie, jaka jest różnica między kosztami przyłącza w Łazach , a dajmy na to w Krośnicach, Wierzchowicach czy Bukowicach ? Dodajmy do tego, że nikt z mieszkańców tych miejscowości nie musiał płacić ani złotówki, a więc to nie tylko problem wysokości naliczonych wkładów, ale w ogóle obowiązku płacenia. Jeśli już zażądano od mieszkańców tych pieniędzy, to skąd, jakim prawem, i dlaczego w takiej wysokości, z tak wyliczonymi różnicami? Zwróćcie Państwo uwagę, że dotychczas pan wójt to nawet proponował pożyczkę, czy tam kredyt z konkretnego banku na te przyłącza dla mieszkańców. Zastanowić się tylko można, czy natenczas grał rolę faktora tego banku? A teraz, proszę , pan wójt, nie dość, że nikomu nic nie zabierze, to jeszcze będzie rozdawał ! Niestety, aby spełnić swój wielkopański gest, sam teraz będzie musiał się zadłużyć, to znaczy nie osobiście, bo zadłuży gminę, co mu zresztą, jak wiadomo nawet organom kontrolnym, najlepiej wychodzi. Inaczej mówiąc, jak to proroczo przewidział Bertolt Brecht: „Toć raj na ziemi każdy stworzyć chce. Ale czy forsę ma? Niestety, nie!”.

     Aż tu nagle a niespodziewanie jakaż zmiana! „Serwus panie chief, czego to jest wpływ, skąd ta zmiana, skąd ten nagły dryf?” - pytały w swojej piosence urocze „Filipinki”. My oczywiście wiemy, że ten „nagły dryf” u pana wójta spowodowany może być tylko i wyłącznie zbliżającymi się wyborami, które dla pana Drobiny mogą okazać się bardzo przykrą niespodzianką. To znaczy bardziej dla pana Stasiaka, bo urzędujący wójt właśnie niedawno stracił poparcie swojego mocodawcy, by odtąd właściwego sznytu związanego z piastowaniem urzędu nabierała pani Monastyrska, u której za wizażystę jużci, że robi sam pan sekretarz.

     A tymczasem pan wójt urzęduje i właśnie zaczyna, a raczej kontynuuje wspomniane wyżej odwracanie kota ogonem. Po informacji, że będą przyznawane dotacje do przyłączy kanalizacyjnych, od razu zapachniała mi „kiełbasa wyborcza” i aż się boję, żeby czasami nie miała stęchnąć na hakach. Bardzo chętnie posmakuję, chociaż jeszcze nie wiem, jak będę musiał się potem odwdzięczyć.

     Tak czy inaczej, władza będzie dawać. No dobrze, tylko komu? Czy tylko tym mieszkańcom, którzy zechcą korzystać od teraz z kanalizacji, czy też po sprawiedliwości społecznej, a kto wie, czy nie prawnej, trzeba będzie oddać wzięte pieniądze, na ten przykład od mieszkańców, którzy popłacili po tysiąc złotych i więcej? Bo - nie daj Boże - obrażą się i posądzą pana wójta o nierówne traktowanie, a tego już by nie zniosła znana przecież z czuwania na straży równości - Unia Europejska. Ma się rozumieć, równości też legislacyjnej, bo jak już ludzie szemrają, pobieranie „wkładów” na przyłącza mogło być bezprawne. Inaczej mówiąc, cała ta procedura „dawania i brania” widzi mi się tak:

„Temu dała – temu nie, temu figę – temu dwie.
Temu – by nie umarł z głodu, innemu zaś – bez powodu.
A temu zaś nic nie dała – i  frrrrrr – poleciała !”

Szyderca

продвижение сайта цены