Blue Flower

    Nie ma przypadków, są tylko znaki – jak mawiał ks. Bozowski z kościoła ss. Wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Jużci, że prawda, a jeżeli spojrzeć na niektóre wydarzenia ostatnich miesięcy w naszej gminie, to okazuje się, że jest to prawda i tylko prawda. Wszelkie znaki na Ziemi, a w szczególności w Urzędzie Gminy w Krośnicach, wyraźnie wskazują na dziwne zjawiska, jakie mają miejsce w tutejszym pałacu. O znakach na Niebie jeszcze nic pewnego nie wiadomo, chociaż niedawne wydarzenia mogą na coś wskazywać a nawet można byłoby coś domniemywać. Ale o tym później. Osobliwie zaś chodzi o ten „urząd”, który doniósł na referendalne bodajże „nieprawidłowości”. Pewne jest, że doniósł, a skoro to uczynił, to chyba wiedział na kogo, bo trudno uwierzyć, że tylko „w sprawie” i że to był czysty przypadek, których jak już wiemy – nie ma i być nie może. No bo jakże to tak – skąd niby raptem dziwna ciekawość, może nawet niepokój o jakieś nieprawidłowości, co ważne - niewykryte wcześniej?

     No więc cóż takiego dzieje się w pałacu, to znaczy w Urzędzie Gminy?

     Idźmy tropem logicznego rozumowania.

     Oto komisja obwodowa zdała pełną dokumentację z wyborów, gminna komisja wszystko przyjęła. A tu patrzcie Państwo, że niby to w zapieczętowanym worku znaleziono zupełnie coś innego niż do niego włożono, a właściwie to czegoś nie znaleziono, a chodzi o jedną z list z nazwiskami. Pewnikiem musiało się to odbyć za sprawą sił nieczystych, bo przecież nie rękami ludzkimi, wszakże nikt z urzędników prestidigitatorem nie jest i wiedzy tajemnej mieć nie może. No, może za wyjątkiem kilku osób, w szczególności zaś z kierownictwa gminy, które z pustego w próżne potrafią przelać, a takich, jak wiemy, w Urzędzie Gminy nie brakuje.

     „Urząd” doniósł, że nie zgadza się ilość podpisów z ilością kart wrzuconych do urny, czy też że nawet brakuje jakiejś listy. „Urząd” , to znaczy kto i na kogo doniósł ? Czy na obie komisje, skoro wszystko wskazuje na całkowity porządek zdawczo – odbiorczy? Chociaż co do odbioru, to niczego przesądzać nie należy, zważywszy na aferę, jaka jednak wyszła, a miejmy przy tym nadzieję, że i przy okazji wyjdzie szydło z tego referendalnego worka. Samo przez się należy rozumieć, że nie doniesiono na samych siebie, nawet, gdy do zapieczętowanej dokumentacji dostęp mają tylko i wyłącznie osoby… no właśnie, które? No cóż, przyjdzie czas, że na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć pan wójt, choćby nawet próbował wykręcić się informacją na temat sukcesów, jakie odnosi na ten przykład jeden z gminnych zespołów śpiewaczych (co jest nota bene prawdą, nic nie ujmując temu zespołowi), jak to czynił w Bukowicach, kiedy pytano go o przekształcenie boiska na działki budowlane. Jak to mówią: my o chlebie, on o niebie, co jak wiemy, jest stałą przypadłością świadomościowo–komunikacyjną pana wójta.

     Od momentu dostarczenia właściwej dokumentacji do komisarza wyborczego i pozostawienia w Urzędzie Gminy tego, co się należy , nie może być mowy o dostępie do „worka” kogokolwiek, oprócz władz i merytorycznych pracowników tegoż urzędu. Nie, żebym tam zaraz kogokolwiek podejrzewał o jakiekolwiek majstrowanie, a już całkowicie należy wykluczyć ciekawość pana wójta i sekretarza, dotyczącą detalicznie i personalnie tajemnicy, kto brał udział w referendum, bo tego tymczasem na tych łamach nie mówimy, ale przecież ludziom, którzy o tym szemrzą, nikt nie zabroni głosić takich wieści. Jednak, skoro „urząd” doniósł, to nie możemy wątpić w słuszność działań wskazujących na grzebanie w tych papierzyskach. No, ale gdzie, kto i kiedy? I to jest kluczowe pytanie w tej sprawie, na które – ufamy – odpowie prowadzone śledztwo. Zapytajmy więc, kiedy, kto i po co sprawdzał listy wyborcze? Cóż takiego go do tego tchnęło, żeby je przejrzeć? Czy w ogóle miał prawo to zrobić? Te pytania są na razie bez odpowiedzi, ale przecież przyjdzie czas ich poznania, kiedy to - miejmy nadzieję - wyjdzie wspomniane wyżej szydło z worka, bo kolei na kota w worku nikt się już nie nabierze. Tymczasem - od czego są ludzkie języki? Ano, między innymi od tego, żeby różne plotki głosić. Podobno nawet jednemu radnemu już tam coś się wymsknęło o samym zaglądaniu do list i przykrych skutkach dla osób, które podpisem potwierdziły swój udział w referendum. Jeśli to prawda, to nie przewidział biedak w swoim gadulstwie, że te przykre skutki mogą być już wkrótce o wiele bardziej odczuwalne przez niego samego oraz wysoko postawionych na szczeblu gminnym jego kolesiów.

     Tak czy inaczej, plotka się szerzy, szczególnie o tym, kim może być ten „urząd”, który doniósł. Niektórzy mówią nawet o swoistej zemście jednego ze współpracowników pana wójta, który nie tak dawno został niezbyt elegancko potraktowany w gminie. Ale czyż można w to wierzyć, skoro nawet oficjalny „urząd” o tym milczy? I w tym właśnie momencie należy wrócić do zapowiadanych na wstępie znaków na Niebie. Czy w naszej gminie akurat nie miało miejsca jakieś przedziwne zdarzenie, ale broń Boże, nie mściwe, za to podobne, jak kiedyś na Kubie? Po kilkunastu latach panowania (tam, bo przecież nie w naszej gminie) politycznego gangstera, zdumione a nawet przerażone tamtejsze biuro polityczne zobaczyło, że na Niebie pojawiła się olbrzymia tylna część ciała, zwana przez naszych górali rzyć. Jak zwykle wtedy a nawet i dotychczas, o wszelkie zło obwiniano tam Stany Zjednoczone, niczym pan sekretarz starostę milickiego. Tymczasem oskarżycielskim konwulsjom politycznym pisarza gminnego dajmy spokój i wróćmy do naszego wątku. Toteż czym prędzej zadzwoniono do Waszyngtonu z żądaniem wyjaśnienia. Biały Dom odpowiedział, że nie ma z tym nic wspólnego i poradził zapytać się Watykanu, jako, że pewnikiem jest to zjawisko nie z tej Ziemi. Wkrótce papież wsparty autorytetem wiedzy oraz dogmatem o nieomylności, wyjaśnił co następuje:

- Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Szyderca

народный банка