baner

Gdy biskup Brzostowski wyklinał w katedrze wileńskiej księcia Sapiehę za popasanie wojskiem w dobrach kościelnych, „lud Boży” zgromadzony w świątyni rzucił na posadzkę świece i ochoczo podążył pod pałac „Sapcia” z wyrazami poparcia i uwielbienia dla niego. Na tę okoliczność wytoczono beczki z okowitą z wdzięczności za tak chwalebną postawę tłumu wobec potężnego magnata. Było więc co wypić a nawet zakąsić, bo też kilka wołów i wieprzów upieczono, a właściwie to już prędzej wódka i zakąska zostały przezornie przygotowane. Nie spodziewamy się, że któryś nasz purpurat kogokolwiek wyklnie, już tam prędzej zasiądzie do stołu z „miejscowym gospodarzem”, a gdyby, nie daj Boże, musiał usiąść do posiłku tylko z proboszczem, to już go tam zaraz, tego proboszcza, ofuknie, że nie dopełnił gościnności wynikającej tym razem z nowej tradycji świecko – parafialnej, to znaczy – nie zaprosił pana wójta. Tak przynajmniej stało się kiedyś w jednej z parafii, gdy dostojny duszpasterz był „zawiedziony” i „głęboko ubolewał” nad brakiem wójtowego towarzystwa przy stole zastawionym z jakiejś tam okazji. No cóż, swój swojego znajdzie choćby w korcu maku. Zapewne ekscelencji jeszcze nadarzy się okazja towarzyskiego spotkania się z panem wójtem, by tam sobie mogli z dzióbka spijać, ma się rozumieć dla wszelkiego dobra ludu Bożego. No, ale dajmy spokój ekscelencji, który zapewne o zdarzeniu w wileńskiej katedrze nie słyszał, toteż po swojemu traktuje „konkordat” diecezjalno-gminny.

W naszej gminie jest akurat czas na powszechne pojednanie, po czemu, jakżeby inaczej, najlepszą okazją już był tzw. „opłatek” „urządzany” przez pana wójta w urzędzie gminy. („Bo to wicie towarzysze, mówią, że to jest taka tradyncja, że się ten tego, opłatek jii ”). Niech nikogo nie gorszy cudzysłów w słowie „opłatek”, bo święty chleb ma tyle wspólnego z tym szafowanym przez pana wójta, co poczciwe krzesło z krzesłem elektrycznym. Nie wiem, czy na tę okoliczność „gospodarz” kazał wytoczyć jakąś beczkę okowity dla zgromadzonej gawiedzi, ale zapewne po jakże pobożnej uroczystości jakiś półgarniec dla swoich się znalazł, a i zakąsić pewnie było czym.

Jużci żaden proboszcz zaproszony na tzw. „opłatek” anatemy na wójta nie rzucił, chociaż wcześniej od czcigodnego kanonika pan Drobina słów gorzkich się nałykał, a przynajmniej takich, że na człowieka nie trzeba armaty, wystarczy go powoli dziobać niczym krucy i wrony; co przecież wynika z ich szwarccharakteru, ma się rozumieć tego ptactwa, a nie, broń Boże, pana Drobiny czy pana Stasiaka. Ale przecież musiał przyjść czas na złagodzenie męki i cierpienia pana wójta, stąd też, na ten przykład obecność proboszcza i na kilku urzędowych uroczystościach. A ileż łaski musiał doznać z kolei pan wójt na plebani w Kuźnicy Czeszyckiej po jakże chwalebnym przedeptaniu nowego chodnika, czy tam osadzeniu w zawiasach bramy cmentarnej ! Mniejsza o to z jakiej okazji. Każda jest dobra. Ach, wdzięczność proboszcza pewnie nie miała tam granic ! Ile tam sobie z dzióbków naspijano, ile obłapiań konfraternych było, ile pewnie toastów wzniesiono na chwałę pobożnych kontaktów – któż to może zliczyć ! Nie może to być, żeby konfraterska „kompanija cała” się rozsypała.

Ale wracając do sprawy - ludziom za pozostawienie na urzędzie podziękować było trzeba, a najlepiej należało uczynić to bardzo hucznie, to znaczy też pobożnie, bo i Diabłu ogarek, i Panu Bogu świeczkę. Czy Niebu jest to miłe, tego z całkowitą pewnością wiedzieć nie możemy, ale przecież miejscowa „kapituła” patronuje dalej zbożnym dziełom Drobiny, Sitarskiego i Stasiaka - ani chybi ludziom pobożnym. No, ma się rozumieć, że na miarę ideologii, którą jeszcze w zanadrzu chowają, a kto wie, czy nie w samym sercu. Bo czyż nie miał racji nasz pierwszy i jedyny kosmita, który na pytanie, co zabrał ze sobą w kosmos, odpowiedział ze wzruszeniem: „książeczkę, myślę, że najbliższą sercu każdego Polaka, a mianowicie „Manifest Komunistyczny”.

Jako że jest czas karnawału, tedy wracajmy do zabaw hucznych, które to zajęcie jest szczególnie miłe panu wójtowi, a i jego „furmanom” też całkiem bliskie. A takim przecież były strzelające fajerwerki w krośnickim parku, gdzie gawiedź aż gęby rozdziawiała, nie szczędząc słów zachwytu nad promieniami chwały, a nawet blaskiem bijącym od pana wójta. Po czym w drodze do domów, długo jeszcze rozprawiano o potędze urzędowego igrzyska, ani słowem nie wspominając o ciemnych chmurach gromadzących się nad parkiem, jako znakach zwiastujących jakieś nieszczęście. Złośliwi mówią, że te ciemne chmury wcale nie gromadziły się nad parkiem, a wyraźnie otaczały głowy pana wójta i przewodniczącego Dziekana, stojących na ganku niczym te paniska przed furmanami strzelającymi z batów w oczekiwaniu na sowity poczęstunek okowitą.

Najwyraźniej z tego wszystkiego wnioskować należy, że podobnie jak na słowa wileńskiego biskupa, zareagował „lud Boży” wsi Krośnice, co oznacza, że, wybrano zabawę huczną na pochwałę pana wójta i jego wiernego otoczenia. Wszakże, gdy „sam potężny archikrator wziął najwyższy protektorat”, tam musi być hucznie i wystrzałowo, w tym też z szampańskich korków. Nie wiem, czy dla wszystkich tego szlachetnego napitku starczyło, ale co tam - przecież w demokracji lud zawsze pije szampana ustami swoich przedstawicieli. Tak czy owak, było bardzo podniośle i uroczyście, żeby nie powiedzieć pompatycznie, to znaczy z wielką pompą, chociaż tym razem niekoniecznie strażacką, bo już tam w pobliskich Wierzchowicach jakaś ruchawka buntownicza u strażaków się zaczęła. Ale tymczasem odżegnał się od niej pan przewodniczący Dziekan

„Więc na schodach marmurowych
Leży chodnik purpurowy,
Ustawiono oleandry,
Ochrypł szef-organizator,
Wyfraczony krępy mandryl. (…)
Szef policji pierś wysadza
I spod marsa sypiąc skry,
Prężnym krokiem się przechadza. (…)
Co za pompa! Jezu Chry...!”

Szyderca

михаил безлепкин квартиры